Ksiądz też może się buntować
fot. Lebiocka Marta

Ksiądz też może się buntować

Rozmowa z ks. Marcinem „Kovalem” Kowalewskim, klaretynem, założycielem zespołu Fragua, muzykiem i miłośnikiem ciężkich brzmień. Niedługo ukaże się pierwsza płyta grupy.

Muzykowanie to Twoja pasja czy tylko narzędzie ewangelizacyjne?

– Od dziecka mam wiele wspólnego z graniem – skończyłem muzyczną podstawówkę i szkołę średnią. Jeszcze w seminarium poprosiłem przełożonych o to, żeby pozwolili mi mówić o Bogu przez muzykę. Było by mi ciężko żyć bez gitary, dlatego powstał zespół Fragua. Miałem nadzieję, że Bóg pozwoli mi połączyć te dwa powołania – kapłańskie i muzyczne.

Wspomniałeś o szkołach muzycznych, które uczą raczej muzyki klasycznej. Skąd więc w Twoim życiu muzyka rockowa?

– Zawsze w sercu grały mi nieco ostrzejsze dźwięki. Zdawałem sobie sprawie, że najłatwiej dotrzeć do młodych ludzi właśnie za ich pomocą. Dziś chyba szybciej dociera hip-hop, ale to zupełnie nie mój klimat. Zacząłem wymyślać piosenki, próbowałem grać z kolegami z zakonu. Uważałem, że fajnie by to wyglądało: kilku księży w sutannach grających rockową muzykę. Trudno jednak znaleźć takich, którzy mają na to czas no i potrafią, więc posiłkowałem się moimi świeckimi znajomymi, z którymi grywałem od dawna.

Pewnie nie łatwo było połączyć życie kleryka z muzykowaniem?

– Zaangażowałem się tak bardzo, że na pierwszym roku oblałem nawet egzamin z Historii Kościoła – poprzedniego dnia graliśmy koncert. Oczywiście przełożonym to się nie spodobało (śmiech). Łatwiej było dopiero, kiedy zostałem księdzem. Zespół nieco rozkręcił się w Teofilowie w Łodzi, gdzie trafiłem jako duszpasterz. Wtedy zaczęliśmy grać więcej koncertów, myśleliśmy o płycie itd. Wówczas też pojawili się profesjonalni muzycy i od tego czasu „wyszliśmy z garażu”. Mam nadzieję, że płyta, która niedługo się ukaże, będzie profesjonalna.

Większość ludzi kojarzy raczej zespoły rockowe z tzw. „rockowym stylem życia”. Chodzi o bunt, alkohol, dziewczyny, a czasem narkotyki. Jak pogodzić rocka z chrześcijańskim przesłaniem?

– W filmie o Ryśku Riedlu „Siemacie ludzie” jest scena, w której jeden z jego kolegów zapytany o to, dlaczego Rysiek miał takie tragiczne życie odpowiada, że „blues nie bierze się przecież z picia mleka…” Coś w tym jest. Rock też jest muzyką buntu, wywodzi się z oporu wobec muzyki klasycznej i wszelakich kanonów. Rock bywał także sprzeciwem wobec kultury jako takiej i Kościoła.

To dlaczego nie zaczniesz grać np. jazzu?

– Nie żartuj, muzyka jest sposobem dotarcia do ludzi, niesie ze sobą pewną treść. Można super przesłanie umieścić w muzyce, która nie trafi do danego człowieka, bo on takiej muzyki po prostu nie słucha. Do jednego przemawia hip-hop, do innego muzyka klasyczna. Ja czuję się dobrze w muzyce rockowej i to właśnie za jej pomocą postanowiłem mówić o Bogu.

Jakich zespołów rockowych słuchałeś w szkole?

– Moja przygoda z muzyką rockową zaczęła się od Beatlesów. Dzisiaj wiele osób się z tego śmieje, ale wówczas to była dla mnie ważna muzyka. Miałem walkmana i zgrane kasety, które przewijałem ołówkiem, żeby nie tracić baterii… Słuchałem ich dniami i nocami. Potem zachwyciłem się Markiem Knopflerem i jego zespołem Dire Straits, ale także Erickiem Claptonem i innymi wielkimi muzykami.

Twój zespół nazywa się Fragua. To słowo pochodzące z języka hiszpańskiego i oznaczające…

– … kuźnię. To dość skomplikowana historia. Nasze zgromadzenie założył właśnie w Hiszpanii św. Antoni Maria Claret, który życie duchowe porównywał do kuźni. Człowiek jego zdaniem jest jak zimny kawałek metalu, który najpierw trzeba rozgrzać, najlepiej miłością, i kiedy jest już rozgrzany, wówczas kładzie się go na kowadło i formuje. Św. Antoni mówił, że te młoty, które uderzają w nasze życie duchowe i je formują, to różnorakie cierpienia i przeciwności. Nasz założyciel uczył, że to cierpienia formują życie człowieka w strzałę, którą potem Pan Bóg wypuszcza, aby walczyć ze złem.

Czyli ten zespół to nie tylko projekt, który powstał, aby realizować wasze muzyczne pasje, ale przede wszystkim narzędzie ewangelizacji?

– To jest pierwszy i jedyny cel istnienia tego zespołu. Charyzmat naszego zgromadzenia jest bardzo prosty. Ojciec Claret mówił o tym, żeby głosić Ewangelię wszelkimi możliwymi sposobami, najskuteczniej jak się da. Dzięki temu w naszym charyzmacie mieści się również ewangelizowanie poprzez muzykę. Nasze koncerty wiążą się zawsze z modlitwą, ze świadectwem. Nie gramy koncertów „do kotleta”, nie ma czegoś takiego jak granie dla grania. Nasza muzyka zawsze angażuje słuchacza w sposób duchowy. Nie mamy ochoty być celebrytami. Kolejnym celem jest pomoc młodym zagubionym ludziom, którzy często w muzyce rockowej szukają buntu, chcemy im pokazać, że ta muzyka może poprowadzić także do Pana Boga.

Kiedyś na spotkaniu oazowym nasz moderator powiedział nam, zbuntowanym nastolatkom, że największym buntownikiem był Jezus. Dlaczego? Bunt to sprzeciw wobec tego, co robią wszyscy, a wszyscy grzeszą. Te słowa bardzo wówczas do nas przemawiały.

– Ludzie ciekawie reagują, kiedy słyszą, że będzie grał zespół rockowy, a potem widzą na scenie księdza. Generalnie muzyki rockowej słuchają Ci, którzy się buntują. Bunt najpierw przeciwko rodzicom, potem przeciw hipokryzji i złu, przeciw szefowi w pracy, różnym układom itd. Kościół jest również obiektem takiego buntu ludzi młodych. Odczuwamy to jako księża na katechezach. Okazuje się, że ksiądz nie musi być po stronie tych, którzy krytykują buntowników, może być razem z nimi. Bunt jest w naszej naturze i nie musi być czymś złym. Można się buntować i popełnić samobójstwo, albo tak się buntować, że ten bunt doda nam skrzydeł, nabierzemy wiatru w żagle, zaczniemy działać.

A Ty przeciwko czemu się buntujesz?

– Przeciwko temu, co dzisiaj niszczy młodych ludzi: złu, miernocie, przeciwko temu że dziś tylu młodych ludzi niszczy swoje talenty, traci zdrowie i życie w bezsensowny sposób. Nie ukrywam, że to głównie do młodych skierowana jest nasza muzyka. Już w gimnazjum dzieciaki odkrywają wszystkie te złe rzeczy, które potem ich strasznie niszczą: narkotyki, pornografia, wolny seks, który dzisiaj młodym ludziom jest serwowany w coraz młodszym wieku… Skutki są dramatyczne, ludzie nie potrafią potem funkcjonować w normalnym świecie.

W Twoim głosie słychać zdenerwowanie.

– Wkurza mnie to, że tyle instytucji, które mają możliwości, pieniądze i nieograniczony dostęp do mediów, zajmuje się często błahymi sprawami, a nie obroną młodych ludzi. Dzieje się wręcz przeciwnie. Dla zarobku wrzuca się młodych w świat, który jest pełen syfu, pełen wszelakiego bagna. Ci dranie cieszą się z tego, bo na tym zarabiają.

A Internet Cię nie wkurza? To dzisiaj potężne zagrożenie. Wielu młodych ludzi prowadzi wirtualne życie. Chyba każdy wychowawca powinien zobaczyć film Jana Komasy „Sala samobójców” żeby zrozumieć z jak potężnym zagrożeniem mamy do czynienia.

– To jest współczesny dylemat. Na ile Kościół powinien wchodzić w przestrzeń wirtualną i tam być z ludźmi, a na ile dbać jednak o kontakt w „realu”.

Zagrożenia o których mówiłeś wcześniej: pornografia, promocja nieskrępowanego seksu, to wszystko działa na młodego człowieka najsilniej właśnie w Internecie.

– Jasne, tam to się wszystko nakręca, dokonuje się inicjacja. Od tego rozpoczyna się „przygoda” ze złem. W necie można znaleźć instrukcję każdego zła i każdego grzechu. Tylko trzeba sobie zadać pytanie czy jest sens buntowania się przeciwko facebookowi czy Internetowi w ogóle. Chyba się nie da. Rozwiązaniem jest docieranie do konkretnych młodych ludzi – także przez facebooka – pokazywanie im, że nie wszystko, co pokazują media, nie wszystko, co jest modne jest dobre i prowadzi do dobrego życia. Jeden z moich wykładowców powtarzał często klerykom, że my jesteśmy od tego, aby pokazywać młodym ludziom inne „boisko do gry w życie”. Mam nadzieję, że naszemu zespołowi choć trochę uda się to boisko pokazać. Kryzys rodziny jest dzisiaj straszny. Każdy, kto odejdzie od komputera i nieco się rozejrzy zobaczy porozbijane rodziny, dostrzeże jak cierpią zarówno rodzice jak i dzieciaki. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że nie ma innego „boiska do gry w życie”, że życie musi tak wyglądać: inicjacja seksualna w gimnazjum, używki, nieudane związki, życie na kocią łapę, niechcący dziecko, potem samotna panna i nieszczęście. To nie musi tak wyglądać. Jest wiele pięknych i szczęśliwych rodzin.

Od niedawna ukazuje się nowy miesięcznik „Egzorcysta”. Myślę, że bardzo znamienne jest to, że pierwszy artykuł w pierwszym numerze poświęcony był właśnie wpływom Złego na młodego człowieka jakie osiąga przez muzykę. O tym, że muzyka może być nośnikiem zła i źródłem niepokoju niezależnie od tekstu.

– Muzyka wpływa na świadomość i podświadomość, jest świetnym nośnikiem każdej treści. Za jej pomocą można przekazać człowiekowi prawie wszystko. Może być użyta i do dobrych i do złych celów. Każdy z nas zna takie utwory, po wysłuchaniu których czuje się lepiej i takie, po których czuje się rozbity, czuje bunt i złość. Szatan korzysta z tego niesamowitego potencjału, jaki daje muzyka aby ludzi niszczyć, aby prowadzić ich do tego buntu, który jest destrukcyjny. Bardzo wielu samobójców odbiera sobie życie przy akompaniamencie muzyki satanistycznej.

Tu pomocą może służyć ciężka muzyka, która niesie dobre przesłanie. Taka jak wasza, albo Luxtorpedy czy Tymoteusza.

– Pamiętam rekolekcje, na które przyjechała dziewczyna mocno zaangażowana w satanizm, słuchająca takiej muzyki. Na tych rekolekcjach mocno ze sobą walczyła. Potem powiedziała, że z wieloma rzeczami sobie może poradzić, ale nie będzie umiała zostawić tej muzyki. Wtedy włączyłem jej właśnie 2TM2,3. Niesamowitym doświadczeniem dla mnie było jej wzruszenie i zdumienie. Była szczęśliwa, że odnalazła te same dźwięki, ale przesłanie już zupełnie inne. Nie mogła uwierzyć, że w takim graniu może być Bóg. Są ludzie, którzy nie potrzebują takiej pomocy, ale wielu młodych dzięki np. Tymoteuszowi nawróciło się. To jest sens tworzenia takiej muzyki. Dlatego to robimy. Chce żeby zespół Fragua był takim narzędziem, które poprzez muzykę będzie prowadziło ludzi do Boga.