El Camino - Bliżej

Na dobrej ścieżce”

Torturowanie gitarowych strun jest chyba najbardziej popularnym zajęciem muzyków chrześcijańskich. Z wielką pasją grają oni na zmianę trzy lub cztery akordy krzycząc wniebogłosy: „Jeeeezus Jeeeezus!!!” Całe szczęście wielu z nich zrozumiało, że takie bestialstwo to nie tylko sajgon dla samej gitary, ale i konkretny dyskomfort dla słuchaczy, a w pewnych wypadkach może i występek przeciwko drugiemu przykazaniu. Czasem słuchając występujących kolejno zespołów na przeróżnych festiwalach chrześcijańskich miałem wrażenie, że przez kilka godzin ze sceny śpiewana była cały czas ta sama piosenka… Dlatego bardzo dobrze, że na polskiej scenie CCM pojawiają się takie zespoły jak „Love Story” czy właśnie „El Camino”, grające odważną, bezkompromisową muzykę.


„El Camino” to grupa poszukująca ciekawych brzmień i rozwiązań, zainteresowana odnajdywaniem w muzycznym świecie sposobów (ścieżek) na przekazanie swoich emocji i stanów. Nazwa zespołu oznacza w języku hiszpańskim właśnie „ścieżkę”. – To ścieżka, na której jesteśmy, jest nią muzyka, życie, wiara – mówi Marcin Malinowski.
Ścieżek tych jest mnóstwo. Kalejdoskop tropów muzycznych i tekstowych może przyprawić o oczopląs. – Utwory na krążku są zróżnicowane ponieważ chcieliśmy pokazać naszą wrażliwość, całą gamę ludzkich emocji, które mogą towarzyszyć naszemu życiu – mówi Marlena.
Bywają płyty tak eksperymentalne, że aż nie do słuchania. „El Camino” na szczęście są zainteresowani przyjemnością słuchacza, ale na ich warunkach, szukają publiczności posiadającej podobną do nich wrażliwość. Ich muzyka nie jest przeznaczona dla odbiorcy skaczącego w rytm piosenki podczas oazowego dnia wspólnoty.
„Bliżej”, bo taki tytuł nosi debiutancka płyta „El Camino”, to produkt kameralny, nie dla każdego, zmuszający do głębszej refleksji. Teksty Mariusza Kozickiego wymagają umysłowej pracy, czasem nawet mogą wywołać dyskomfort; mogą uwierać, denerwować, podobnie jak muzyka, która bezbłędnie za nimi podąża.
Nie tylko Mariusz jest autorem tekstów na płycie „Bliżej”. Jednym z najciekawszych utworów na krążku jest piosenka napisana do tekstu Marleny „Gdy mówisz kocham”. – Nawet nie pamiętam dokładnie kiedy napisałam ten tekst, chyba byłam jeszcze w gimnazjum – mówi Marlena. – Chciałam po prostu przekazać słuchaczowi czym jest dla mnie miłość.
Nie wypada chyba nawet na tym etapie kariery porównywać do mistrza jakim był Marek Grechuta, ale miałem podobne wrażenie słuchając jego tekstów zawartych na płycie „Dziesięć ważnych słów”, na której definiuje najważniejsze dla siebie pocięcia. Łopatologiczna wręcz dosłowność nie spotyka się w nich z banałem. To wielkie osiągnięcie.
Na płycie zaskakuje również „Dwunasty świt”, który jest pełnowartościowym utworem gospel. – Z uwagi na warunki w jakich pracowaliśmy nie ma w nim chóru, ale jest „chórek” złożony bodajże z ośmiu dziewczyn – mówi Michał. Ten minimalizm, wymuszony warunkami, daje jednak bardzo ciekawy efekt delikatnego piękna, wydobywa subtelność uwielbieniowego tekstu skierowanego między innymi do Matki Bożej, po części uplecionego ze znanych modlitw i pieśni.



Sukcesem tej płyty jest też to, że zespół „El Camino” jest zespołem nie tylko z nazwy. Dobrze im się wspólnie współpracuje, świetnie się uzupełniają i rozumieją. Pracują razem i potrafią robić to efektywnie. – Doskonale odczytujemy swoje intencje, dając sobie jednocześnie przestrzeń aby siebie wyrazić – mówi Marcin.
Warto też dodać, że płyta zarejestrowana została w warunkach domowych, co ze względu na doskonałą jakość utworów brzmi niewiarygodnie.
Nawet człowiek, który ma z Kościołem wyjątkowo nie po drodze sięgnąwszy po tę płytę nie rozczaruje się. Odnajdzie na niej rozsiane w tekstach wątpliwości, dylematy, słabości… „Bliżej” to krążek znacznie bliższy człowieka niż wiele wytworów katolickiej „piosenki pielgrzymkowej”, która wcale do Kościoła młodzieży nie przyciąga, a wręcz przeciwnie. Super, że powstaje coraz więcej muzyki poza kościelną instytucją, zrodzonej z doświadczenia artysty-chrześcijanina, a nie napisanej na zamówienie Akcji Katolickiej czy innej Oazy.
No i jeszcze jeden ważny aspekt. Ta spokojna, refleksyjna muzyka to w dzisiejszych czasach przejaw najprawdziwszego buntu! Niech się schowają wszyscy twórcy „undergroundowi”, którym wydaje się, że są Bóg-wie-jakimi rewolucjonistami i anarchistami, dlatego że śpiewają o paleniu marychy, rzucają mięchem i epatują liryzmem mówiącym o tym jak to mają wszystko gdzieś. Terefere! Dzisiaj żeby tak się zachowywać i mówić takie rzeczy nie trzeba wcale odwagi. Dziś byle jaki TVN czy inne komercyjne badziewie za debilny występ w stroju motyla podczas procesji Bożego Ciała pochwali i pogłaszcze: „Jaki ty jesteś zdolny, jaki nowoczesny, kreatywny i w ogóle”. Prawdziwe jaja mają Ci, którzy dzisiaj śpiewają o czystości (vide Love Story) czy miłości jako odpowiedzialności i poświęceniu („El Camino”). Jeśli o tym śpiewasz wiedz, że nawet jeżeli zagrasz na gitarze lepiej niż Brian May i zaśpiewasz czyściej niż Andrea Bocelli i tak będziesz bogoojczyźnianym ciemnogrodem z małej miejscowości. W tym miejscu chciałem serdecznie pozdrowić ks. Mariusza, opiekuna mojej grupy oazowej z dawnych lat, który tłumaczył nam, gówniarzom mającym ciągoty anarchistyczne, że największym buntownikiem był i jest Jezus, ponieważ prawdziwy bunt to pójście na przekór wszystkim, a wszyscy… grzeszą.