W drodze z Marzeną Brzóstowicz

Kiedy pierwszy raz wpadła mi w ręce najnowsza płyta Marzeny Brzóstowicz, rzuciłam tylko okiem na okładkę i pomyślałam, że cokolwiek znajdę w środku, zawartość będzie na pewno bardzo... kobieca. Intuicja i tym razem mnie nie zawiodła. Czwarty w dorobku wokalistki album - „To, co przed nami” - ukazał się tuż przed Bożym Narodzeniem i stanowił zapewne doskonały prezent świąteczny dla fanów dobrego, akustycznego popu.

Na płycie znajdziemy zestaw dwunastu utworów, z których zdecydowana większość stanowi owoc współpracy Marzeny z Mirosławem Hoduniem, autorem muzyki, realizatorem i producentem – w jednej osobie. Nie jest to pierwszy projekt zrealizowany przez ów duet, a rezultaty tej wymiany doświadczeń są co najmniej obiecujące.

Płyta jest utrzymana w niezwykle pogodnym klimacie, bije z niej optymizm i dobra energia. Moje pierwsze wrażenie po uruchomieniu odtwarzacza było takie, że najchętniej słuchałabym jej... w samochodzie. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że jest ona jednocześnie spokojna i relaksująca, ale też bardzo rytmiczna. Lekkie, akustyczne brzmienia od razu wpadają w ucho i pobudzają do pozytywnego myślenia. Z drugiej strony – to też płyta o podróżowaniu, marzeniach i o drodze. O tym, że cokolwiek jest przed nami, na pewno jest piękne i wartościowe, i tylko czeka aby się urzeczywistnić...

Teksty do tych piosenek napisała sama Marzena i – co wyczuć można od razu – są to teksty zaskakująco proste, a jednocześnie szczere i prawdziwe. Dzisiaj na polskim rynku muzycznym mamy, rzec można, klęskę urodzaju, jeśli brać pod uwagę dziki tłum nieudolnych wokalistek, jęczących spazmatycznie o tym, jak to „on chciał, a ona nie mogła, a potem ona chciała, a jego już nie było, oł jeee...”. Można by powiedzieć, że na tym tle utwory Marzeny Brzóstowicz wypadają wyjątkowo ambitnie, ale nawet wówczas byłoby to porównanie dla artystki krzywdzące. Mówiąc poważnie – teksty z najnowszej płyty są po prostu osobiste i dojrzałe, a zarazem – jak wspomniałam na początku – bardzo kobiece. Bo (choć pewnie ta opinia rozwścieczyłaby tłum żądnych krwi feministek) o czymże innym może śpiewać kobieta, jeśli nie o swoim najgłębszym pragnieniu, pragnieniu bycia kochaną..? I to nie jakkolwiek, nie byle jak, ale szczęśliwie, bezwarunkowo i do końca. Takich odniesień na krążku rzecz jasna nie brakuje.

Muzycznie natomiast płyta tworzy ciekawą całość, którą po uważnym przesłuchaniu podzielić można na dwie części. Pierwsza – bardziej energetyczna, rytmiczna, z wyraźnym brzmieniem gitary akustycznej. Zarazem jednak szalenie melodyjna. Pojawiające się w kilku utworach skrzypce dodają jej swoistego ciepła, a użyty w aranżacjach akordeon przynosi lekko folkowe brzmienie. Druga część płyty utrzymana jest w klimacie spokojnym (nieco bardziej romantycznym) i dryfuje momentami w stronę jazzu. Prawdziwą perełką i – muszę przyznać – absolutnie pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie obecność na płycie utworu „Radość o poranku” w nowej, doskonałej wręcz aranżacji. Piosenka sięgająca rodowodem lat 70-tych brzmi zaskakująco świeżo i jest przyjemnym uzupełnieniem zawartego w albumie repertuaru. Dzieje się tak również za sprawą wykorzystanego w nagraniu charakterystycznego brzmienia gitary rezofonicznej – instrumentu rzadko wykorzystywanego w polskiej muzyce rozrywkowej, a dającego naprawdę przyjemny dla ucha zestaw metalicznych dźwięków.

Najnowszy krążek Marzeny Brzóstowicz to gratka dla miłośników melodyjnego grania w dobrym wydaniu. Choć momentami odrobinę „przesłodzony”, trochę nazbyt oczywisty, to jednak nie banalny. Wart przesłuchania, nawet jeżeli nie jesteśmy szczególnymi fanami polskiej muzyki pop. Bo lekkość nie musi koniecznie oznaczać trywialności, a i muzyka popularna ma dzisiaj różne oblicza...