Podróże na chmurze z Lidią Pospieszalską – gdzie lecimy?

Ciężko napisać obiektywną recenzję płyty osoby, która w muzyce nauczyła mnie praktycznie wszystkiego. To właśnie Lidka Pospieszalska pokazała mi jak śpiewa się z przepony, jak czyta nuty i jak można wydobyć z siebie dźwięk delikatniej. Przy takim moim emocjonalnym stosunku do niesamowitej artystki nikogo nie dziwi jak napiszę, że na płytę „Podróże na chmurze” czekałam z wielkimi oczekiwaniami i tak samo wielką radością. I ta satysfakcja z czekania jest adekwatna do tego co Lidia zaprezentowała na krążku.

Teraz jest idealny czas na podzielenie się z Wami tą recenzją, bo przecież na płycie znajdziemy utwory na teraz. Są skrojone na miarę słuchacza, który chce wziąć kubek, (w moim przypadku z ciepłym kakao), owinąć nogi kocem, usiąść wygodnie i przenieść się wraz z Pospieszalską w świat. W końcu tytuł płyty „Podróże na chmurze” zobowiązuje. Artystka zabiera nas z sobą m.in.: „Boso po Wrocławiu”, w przytulną „Cafe misję” czy na spotkanie z biblijnym „Koheletem”. W 14, zróżnicowanych utworach, każdy znajdzie coś dla siebie. Będzie mógł się zaskoczyć, ale i poczuć bezpiecznie w miękkim, ciepłym głosie Lidii Pospieszalskiej. Charakterystycznym jest, że artystka traktuje swój głos także na sposób instrumentalny. Jej sposób śpiewania bez słów, a jedynie na wokalizie uwalnia emocje, nie tylko w niej samej, ale także w słuchaczu.

Myślę, że nie tylko ja jestem od premiery płyty fanką kawałka „Zagrudniony”, który od pierwszego zasłuchania wpada w ucho i sprawia wrażenie jakby znało się go od zawsze. To zasługa nie tylko muzyki Lidki, ale także pięknego tekstu autorstwa Grzegorza Żaka. Czy nie odnajdujemy się w tym okresie świątecznym choćby w ostatniej zwrotce piosenki? „Oj się zagrudniło, czas się z Życiem zgodzić Życiu! Złe co było, Wybacz! Bóg się rodzi!” Pamiętam sytuację kiedy jechałam w samochodzie z kolegą z pracy i akurat w radiowej Trójce leciał ten utwór. Ów młody, muzykalny kolega świadomie bądź nie zaczął wystukiwać rytm na kierownicy, tym samym udowadniając, że kawałek „Zagrudniony” idealnie nadaje się w drogę, łamiąc stereotypy, że kierowcy nie zasypiają tylko przy piosenkach w stylu „umca-umca”. Jeśli sama warstw muzyczna w tym utworze to dla Was za mało, koniecznie zajrzyjcie do sieci i obejrzyjcie teledysk do tego kawałka. Tam m.in. piękna, ruchoma szopka, sprzęt do nagrywania w niezwykle artystycznym ujęciu i oczywiście zaangażowanie w teledysk młodego pokolenia, które rozczula. Mój ulubiony fragment z dzieckiem pod fortepianem ze skrzypcami. Jak się tu nie rozpływać?

W każdym z utworów brzmi bogate instrumentarium, niezwykle zróżnicowane. Od delikatnych dźwięków fortepianu, aż po sekcje smyczkowe czy perkusję. Usłyszymy inspiracje jazzowe, ale i folkowe, ludowe wręcz. W utworze „Czikicziki” usłyszymy także elementy rapu. W utworze „Ty” możemy usłyszeć Lidię Pospieszalską śpiewającą po angielsku. Zaskoczeniem jest w tym kawałku recytacja aktora Marka Ślosarskiego, który świetnie współbrzmi z wokalem artystki. Aktor nie jest jedynym gościem na płycie „Podróże na chmurze”. Lidia zaprosiła znakomitych muzyków, których obecność dodatkowo urozmaica już i tak zróżnicowany krążek. Duży wkład w album ma oczywiście mąż artystki Marcin, który nierozłączny jest ze swoim basem w prawie wszystkich utworach. Wielki wkład miał również w samą produkcję płyty. Elektroniczne brzmienie w utworze „Cafe misja” to Daga Gregorowicz, którą gospelboxowi powinni kojarzyć z formacją „Dagadana”. W kawałkach „Modlitwa form” czy „Boso po Wrocławiu” możemy usłyszeć np. Tomasa Sancheza czy Franka Parkera. Ów drugi, wymieniony przeze mnie utwór jest zaraz po „Zagrudnionym” moim ulubionym. Słuchając go planuje wybrać się do miasta wyśpiewanego przez artystkę. To będzie moje postanowienie noworoczne, znajomi we Wrocławiu mogą podziękować więc Lidce za mobilizację. To myślę doskonały dowód na to, że płyta doskonale spełniła zamysł piosenkarki, która w wywiadach podkreślała, że chciała, aby płyta była przyrodnicza, o porach roku i o tym co najważniejsze w życiu, o miłości. Na mnie to działa! Mam namiastki zimy, ze śniegiem, którego nie wiem jak wam, ale mnie brakowało w te święta. Mam zachwyt, na który na co dzień brak mi czasu. Mam miłość, za którą tęsknię i na którą czekam. Czyż nie na takich właśnie emocjach powinno zależeć twórcom? Lidii się to udało. Zrozumiałe więc czekanie 10 lat na ten krążek od debiutu solowego. Artystka chciała dopieścić każdy szczegół, dopracować każdy dźwięk, właśnie po to, żeby teraz zaserwować nam po prostu podróż w wersji nie z 2 czy 3 gwiazdkami, ale na bogato, all inclusive.

Na uwagę zasługuje również szata graficzna płyty. Pastelowe tło kontrastujące z piękną, dopasowaną, czerwoną sukienką czy frikowym kapeluszem. Klimatyczny samochód. Wszystko to składa się na smaczną całość, za którą artystce z serca dziękuję i której gratuluję!

Angelika Sitek