Queen bez Freddiego i Deacona - i tak warto pójść

Tak, jadę na ten koncert! Codziennie znajomi pytają mnie czy wybieram się do Wrocławia na Queen. Oczywiście ci znajomi, którzy wiedzą, że „Królowa” to moja wieloletnia muzyczna miłość. W rzeczywistości jednak trudno mówić o koncercie Queen. W składzie nie ma już przecież ani Freddiego Mercurego ani basisty Johna Deacona. Jest natomiast…Adam Lambert, choć lepszych na to miejsce można wskazać co najmniej kilku.

„Nie będę gwiazdą, będę legendą” – obiecywał Freddie Mercury i słowa dotrzymał. Spełnił wszystkie warunki, aby stało się tak, jak powiedział. Trzy najważniejsze również: genialnie śpiewał, był niezwykle kontrowersyjny i… umarł młodo. Pozostali członkowie zespołu postanowili zmierzyć się z tą legendą. – Będziemy grać dalej! – ogłosili. John Deacon wytrzymał sześć lat. Widać zrozumiał, że trwanie zespołu bez Freddiego nie ma sensu.

Po śmierci Freddiego w 1991 roku zastanawiałem się jak wszyscy czy będą grać dalej. Bardzo tego chciałem. I jak wszystkich ciekawiło mnie kto zajmie miejsce przy mikrofonie. Formalnie nie było wokalisty choć Queen występowała wspólnie ze świetnym wokalistą Paulem Rodgersem. Pamiętam, że mówiło się potem między innymi o Georgeu Michaelu, który rewelacyjnie zaśpiewał „Somebody to Love” na koncercie poświęconym pamięci zmarłego wokalisty, ale na stałe miejsca po Mercurym nie zajął nikt.

Skąd ta miłość do Queen? Przyszła trochę owczym pędem. Słuchali ich moi kumple z osiedla, a więc słuchałem i ja. Potem odkryłem w tej muzyce coś, co przemówiło tylko do mnie i się zaczęło. Zbieranie płyt, nagrań koncertów, teledysków, książki o zespole… (polecam ostatnią, Petera Hinca, technicznego „Królowej”, zatytułowaną „Queen. Nieznana historia”. Napisana tak sobie, ale można się z niej dowiedzieć kilku nowych rzeczy). Nigdy jednak nie traktowałem Queen jak idoli. Byli dla mnie po prostu zespołem, którego lubiłem słuchać i interesowałem się ich życiem.

Kiedy dowiedziałem się, że zagrają w Polsce, stało się dla mnie oczywiste, że pójdę na ten koncert. Mimo, że nie żyje dusza tego zespołu Freddie Merkury, mimo że nie cierpię Lamberta, mimo że nie ma już Daecona, to zawsze pozostaje niezapomniany dźwięk gitary Briana Maya (można go rozpoznać po jednym cichutkim „brzdęknięciu”) i perkusja Rogera Taylora oraz ich śpiew. Queen to przecież nie tylko ludzie, to także świetne utwory, które we Wrocławiu zostaną wykonane.

Dlaczego pozwoliłem sobie napisać o Queen na gospelbox.pl? Przecież „Królowa” to bynajmniej nie zespół religijny… Freddie znany był ze swojego hulaszczego, bardzo rockowego trybu życia, o którym m.in. pisze Peter Hince, wszyscy wiemy o jego balangach, homoseksualizmie, znamy teksty Queen. Dlaczego napisałem? Nie dałem rady nie napisać! To był i jest jeden z najlepszych zespołów jakie słyszałem, zespół który w jakiś sposób muzycznie mnie ukształtował. Zdarza się, że jakaś kapela, śpiewająca piosenki uwielbieniowe, naprawdę mnie rozrusza, spodoba mi się brzmienie i sceniczna charyzma. Wtedy zawsze jakoś nieświadomie porównuję do tego niedoścignionego wzoru…

Tak czy inaczej nadchodzący koncert będzie wydarzeniem historycznym, choć dla wielu może być też potwierdzeniem, że w rzeczywistości Queen skończył się 24 listopada 1991 roku i żadna siła nie jest w stanie wskrzesić tego, czego doświadczali uczestnicy koncertów np. na Wembley, kiedy Queen prezentowała się w pełnym składzie i w pełni sił. No cóż… the show must go on.