Alternatywa dla "robaczywego" grania

W końcu wypadałoby napisać kilka słów o fenomenie Luxtorpedy. Nie często zdarza się, że zespół o chrześcijańskich korzeniach wydaje najlepiej sprzedający się w Polsce album. „Robaki” – drugi krążek formacji Roberta „Litzy” Friedricha – sprzedaje się świetnie. Podoba się nie tylko młodym, „zapalonym” chrześcijanom (którzy sięgną po tę płytę nawet jeżeli nie do końca fascynuje ich cięższe brzmienie) ale także ludziom będącym daleko od Kościoła, tęskniącym jednak za rockiem z przesłaniem.

Ładnych parę lat temu w szeregach wspólnot, oaz, grup chrześcijańskich, można było spotkać młodych ludzi paradujących dumnie w koszulkach 2TM2,3 czy Armii. Dziś, kiedy spaceruję po Placu Sybiraków w Rzeszowie, gdzie za kilka minut wystartuje słynny już koncert Jednego Serca Jednego Ducha, widzę coraz więcej młodzieży występującej w koszulkach Luxtorpedy. Ten „znak kontynuacji” budzi bardzo przyjemne emocje.

Luxtorpeda nie jest zespołem religijnym. Litza nie lubi gdy jego twórczość szufladkuje się i wrzuca do worka z napisem „muzyka chrześcijańska”. Teksty „Luxa” nie są typowymi uwielbieniowymi piosenkami w stylu „chwalmy Pana”, ani zbudowanymi na bazie Pisma Świętego kawałkami rodem z 2TM2,3. Bazą Luxtorpedy jest chrześcijański światopogląd, który determinuje te teksty, ale ich nie wypełnia w sposób bezpośredni. Litza w Luxtorpedzie to po prostu chrześcijanin, który opowiada po chrześcijańsku o swoim świecie, o tym co widzi dookoła, ale nie o samym doświadczeniu chrześcijaństwa.

Znaleźli się tacy, którzy powiedzieli: ok, właśnie o to chodzi, nie musimy jako chrześcijanie opowiadać tylko o swoim chrześcijaństwie, róbmy po prostu dobrze to, co robimy, grajmy, bawmy publiczność, a jednocześnie pozostańmy dobrymi chrześcijanami. Są jednak i tacy którzy mówią: Litza się sprzedał, poświęcił swoje ideały na ołtarzu popularności, kasy, obecności w mediach i głupkowatej radości woodstockowej, naćpanej hałastry. Kto ma rację?

Jest taki moment w życiu każdego neofity, że neofitą być przestaje… Na początku każdy boi się zabrać głos „po cywilnemu”, po świecku. W głowie dźwięczą gdzieś słowa, skądinąd bardzo słuszne, św. Pawła: „strzeżcie się wszystkiego, co ma choćby pozór zła”… Do dziś słyszę głośno i wyraźnie skwierczenie palonych kaset i płyt z muzyką, nie tyle satanistyczną, co po prostu świecką, które z upodobaniem fajczyli moi świeżo nawróceni koledzy. I choć lubili ciężkie brzmienia, nikt z nich wówczas nie odważyłby się posłuchać np. zespołu Metallica. Z czasem ta postawa ulega przeobrażeniu, dojrzewa, a neofita nabiera dystansu. Nie oznacza to, że staje się gorszym chrześcijaninem, mniej radykalnym – wręcz przeciwnie. Swoje chrześcijaństwo zaczyna manifestować łagodniej, zaczyna bardziej żyć po chrześcijańsku niż o tym opowiadać.

Luxtorpeda bez nachalnej promocji osiągnęła więcej niż niejeden zespół przeznaczający całe swoje dochody na promocję i marketing. Nie pomagała jej żadna duża wytwórnia, nie przeprowadzono kampanii promującej krążek. Pisząc o fenomenie Luxów doszukujemy się czasem skomplikowanych powodów, które złożyły się na ten sukces. Tymczasem, moim zdaniem, po raz kolejny potwierdza się stara prawda, że dobra muzyka, zagrana z pasją i talentem, niosąca konkretną myśl, posiadająca inteligentne przesłanie, zawsze znajdzie swojego odbiorcę. Takiej muzyki, w zalewie plastikowej ale intensywnie promowanej szmiry, jesteśmy wyjątkowo spragnieni i dlatego „Robaki” w takim tempie znikają ze sklepowych półek.

Łukasz Sośniak